tekst dyktanda 2012, Język polski

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
//-->Ambroży Gżegżółka, student rzeszowskiej polonistyki, postanowił wybrać się wpodróż do Krakowa. Uznał, że musi odpocząć, że wyjeżdża i że nie wróci przed upływemtygodnia. Wahał się pomiędzy dwoma terminami: andrzejkami i mikołajkami, ostateczniewybierając andrzejki. Udając się truchtem do McDonald’sa, na lekko strawny obiad (sałatka ilatte macchiato), rozważał filozoficznie: „pojadę bądź koleją, bądź autobusem”. Jako ubogiżak zapolował na ofertę last minute, korzystając z ultraszybkiego łącza internetowegoswojego współlokatora i raz-dwa został niby-pasażerem kolei. Dwa dni później, jadącdwudziestkąpiątką, zaczytał się w najnowszym numerze „Uważam Rze”. I, ni stąd, ni zowąd,zauważył, że jest prawie spóźniony na pociąg. Wbiegł na dworzec i zastał imponujący widok.Przeszło roczny remont tej cud-maszyny spowodował, że Ambroży poczuł się super-Europejczykiem. „Chapeau bas!”- pomyślał i udał się na sam przód pociągu. ZachwyconyJoyce’em, wzgardził dostojewszczyzną, lecz prędko się znużył i zasnął. Pół spał, pół czuwał,gdy z objęć Morfeusza wyrwał go mniej więcej trzydziestosiedmioipółletni konduktor.Ćwierćinteligent beznamiętnie oznajmił: „podróżni jadący tym pociągiem są obowiązani miećmiejscówki”. Ponieważ miejscówki nie wykupił, musiał zapłacić horrendalną karę.Półżartując, wręczył mu w ramach łapówki przyprószone kurzem książki Chateaubrianda iRousseau, co nie wzbudziło aplauzu wśród współpasażerów. Ostatecznie, wyłożył pieniądze ipostanowił, że nie warto, doprawdy, zajmować się więcej tą sprawą. Na roszczenie PKPstracił ćwierć stypendium, przez co pojawiła się wizja spania w tanim petetekowskim hostelu.Po półgodzinie od tego incydentu, minął Kraków-Płaszów. Nim zdążył zgłodnieć i naszła goochota na małe co nieco, dotarł już w okolice kościoła Mariackiego, w którym jako dzieckona Wielkanoc podziwiał Grób Pański. Po zwiedzaniu wstąpił do nowo otwartej restauracji,gdzie spożył de volaille’a. Posilony, zadzwonił do narzeczonej, ale w rozmowie przeszkodziłamu głośno mówiąca baba-jaga, która, dzierżąc nibykwiat dziko rosnącej róży, usiłowałazdobyć parę groszy na półlitrówkę. Naprawdę, marzył już o końcu tego dnia. Przypomniałsobie, że na pewno nie odwiedził kopca Kościuszki, kościoła Na Skałce i cmentarzaRakowickiego, gdzie rach-ciach wyruszył. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • shinnobi.opx.pl